Dyliżanse

Godziny otwarcia

Godziny otwarcia muzeum
Dziś nieczynne

„6 lipca wyjechaliśmy po śniadaniu. Na drugiej stacji pocztowej w uroczej okolicy ujrzeliśmy na świeżo skoszonej łące tłum wieśniaków i wieśniaczek porządnie i czysto ubranych, stojących w grupach. Raczyli się chłodnikami i bawili się przy muzyce. Nasi pocztowi zatrzymali się i dowiedzieliśmy się, że dzień ten każdego roku był dniem zabawy i odpoczynku. Nazywano go świętym kura”.
Tak pisała Izabela Czartoryska czarnym atramentem na szarym papierze czerpanym w 1816 roku o jednej ze swych licznych podróży, podczas której przemierzyła dyliżansem wiele kilometrów, po drodze zwiedzając miasta i wsie rozsiane od Puław po Cieplice. Nie wiadomo jakim dyliżansem podróżowała. Wiadomo jedynie że podróż dzieliła z nadwornym lekarzem puławskim, doktorem Khittelem, kucharzem, kilkoma pannami służebnymi oraz swą wychowanka i ulubienicą, Zofią Kicką, która swe wrażania z przejazdu także zanotowała w pamiętniku – nota bene spisanym w języku francuskim.
Podróże wieloosobowymi, zamkniętymi kołowymi pojazdami konnymi, zwanymi z francuska dyliżansami, były bowiem w tamtych czasach bardzo popularne. Zarówno wśród osób pochodzących z „wyższych” sfer, jak i tych mniej wytwornych. Podróżowano chętnie i często, a dzienniki XVIII i XIX wiecznych podróżników pełne są zarówno wrażeń z przejazdu jak i informacji – często bardzo dokładnych – opisujących „deskrypcje miast, noclegów i popasów”, jak to uczynił Benon Jan Dobrzyński, notując zapiski z podróży, którą odbył niemal sto lat wcześniej niż księżna Izabela.
Ówczesne dyliżanse, karety pocztowe, kurierki czy omnibusy mogły zabierać różną ilość podróżnych – od 6 do nawet 24 osób. To duża rozpiętość. Podobnie wyglądała kwestia komfortu podróży. W innych warunkach – znacznie lepszych – wybierała się w wojaże arystokracja, udająca się najczęściej na „wywczas” do wód, w innych drobna szlachta jeżdżąca „w interesach” czy różnego szczebla urzędnicy, podróżujący w sprawach służbowych.
Czas przejazdu także bywał różny, uzależniony w znacznej mierze od rodzaju i jakości dróg oraz „rozkładu jazdy” danego przewoźnika. Standardowo, jadąc głównym traktem o szerokości 12 metrów – były także średnie trakty 9 metrowe oraz poboczne o szerokości ledwo 3,5m – dyliżans pokonywał ok. 2 mile pocztowe w ciągu godziny, co daje mniej więcej 15 km drogi.
Aby udać się w podróż ówczesny homo viator musiał wpierw wykupić bilet, a i często dopilnować załadowania swego bagażu, który mógł ważyć nie więcej niż 20-25 kg. Numerowane miejsca w dyliżansie zajmowano zgodnie z kolejnością sprzedaży biletów, potem także jego ceną, a pocztylion skrupulatnie pilnował czasu odjazdu i przyjazdu na miejsce. Bywało bowiem, że za spóźnienia musiał płacić z własnej kieszeni.
Po drodze stawano na wyznaczonych stacjach pocztowych, na których podróżni mieli do swej dyspozycji specjalne pomieszczenie, a obsługa stacji była zobowiązana zapewnić im – za dodatkową opłatą – kawę, herbatę czy pieczywo. Tak jeżdżono od miejsca do miejsca, ze stacji do stacji, wieloma trasami, łączącymi Warszawę z Dreznem, Rygą czy Moskwą.
I choć dziś rowerzyści szybciej przemieszczają się z miejsca na miejsce, to nie sposób kwestionować uroku dawnych dyliżansów. Ba, nawet warto przyjrzeć im się z bliska!
Zapraszamy do odwiedzenia naszego Muzeum!
+48713436765 📍 ul. Z. Krasińskiego 1, Wrocław (gmach Poczty Głównej, 1 piętro)